Jest taki fragment listu do Efezjan wzbudzający wiele emocji:
Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, bo mąż jest głową żony (zobacz cały fragment: Ef 5, 21 – 33)
Od wielu młodych kobiet słyszałam słowa rozżalenia, albo nawet buntu wobec tej wizji św. Pawła. Kiedyś sobie uświadomiłam, że i ja myślę podobnie. Nie odpowiadało mi, że mam być we wszystkim poddana mężowi. W końcu nie jestem głupia! Mogę coś mu zręcznie podsunąć, oczywiście tak żeby uważał to za swój pomysł. Nie jest to trudne dla kobiecej inteligencji… Krótko mówiąc, planowałam manipulowanie moim mężem; myślałam o tym jak być przysłowiową szyją, która kręci głową.
Na szczęście łaska nie pozwoliła mi zrealizować tych zamiarów. Ślubowanie uczciwości małżeńskiej oraz stała formacja chrześcijańska wykluczały z życia wszelką manipulację kimkolwiek. Wciąż jednak nie rozumiałam, dlaczego mam być poddana.
Kiedyś jadąc na urlop poprosiłam spowiednika aby wybrał mi kilka fragmentów Pisma Świętego do modlitwy w tym czasie. Będąc już w Gorcach otrzymałam smsa: „Proponuję Efezjan 5, 20 – 33”. „Aha, wiadomo…” – pomyślałam. Gdy otworzyłam Nowy Testament okazało się, że znana mi perykopa o zasadach życia domowego zaczyna się od wiersza 21, a w smsie było wyraźnie: wiersz 20 i następny. Przeczytajmy więc wiersz 20:
Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu Ojcu w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa!
Dziękować za wszystko. Łatwiej za dobro. Za dobrego męża, jego uczynność, radosne dzieci, zwłaszcza na urlopie o wszystko łatwiej. Dziękować za wszystko, więc także za siebie samą. Za moje istnienie, za otwartość mojego serca, za wielkie pragnienie bycia dobrą żoną i matką. Zdałam sobie sprawę, że całą siebie zawdzięczam Bogu i Jemu także zawdzięczam męża. Mogę dziękować Mu nawet za wady Adama, bo one bardziej otwierają moje serce - choćby przez przebaczanie.
Czując się nieskończenie obdarowaną, czytałam dalej: „Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej”. Bojaźń Boża, dar Ducha Świętego - a więc nadprzyrodzone uzdolnienie konieczne do poddania się natchnieniu. Dlaczego bojaźń? Ponieważ widzę wyraźną dysproporcję między wielkością daru, a moimi ograniczeniami. Bóg powierzył mi jeden ze swoich skarbów - Adama. Jak tego skarbu nie roztrwonić? Jak nie zmarnować? Jak nie stać się dla niego siłą destrukcyjną? Stąd bierze się nieśmiałość i bojaźń w przyjęciu daru. Jest także zaskoczenie ogromnym zaufaniem Pana Boga do mnie. Nie powierza się wielkiego skarbu, komuś, komu się nie ufa. Czy nie tak możemy na siebie patrzeć? Bóg, który cię ukształtował, On sam daje mi ciebie, a mnie powierza tobie. Dopiero po tym, po podziękowaniu za siebie i za męża, po dostrzeżeniu bojaźni i wielkości daru jakim jesteśmy dla siebie nawzajem, spojrzałam komu lub czemu mam być poddana. Czy mam być poddana mojemu mężowi z powodu jego doskonałości, geniuszu czy mocy? Nie, to zostało wyjaśnione, mam być poddana jego miłości.
Mówiliśmy, że męską pasją jest zdobywanie, zdobywanie także kobiety. Ale nie dla siebie. Posiadanie kobiety daje mężczyźnie krótką chwilę zaspokojenia, ale nie daje trwałego szczęścia. A więc zdobywa kobietę dla niej samej, aby stawała się - przy nim i z nim - piękną oblubienicą i matką, aby nie miała w sobie skazy, lecz aby była święta i nieskalana.
Dostrzegłam, że ja chcę być poddana takiej miłości. Chcę być poddana miłości mego męża, którą wlewa w jego serce Chrystus. Chcę być poddana Chrystusowi działającemu w moim mężu. Wtedy też zdałam sobie sprawę, że, na przykład, mąż mój dosyć często wymaga ode mnie, żebym odpoczywała. Innym razem karze mi dwa razy w tygodniu pisać listę zakupów, żeby to on je dźwigał, a nie ja. Mogłam nabrać zaufania do Chrystusowej miłości, do Chrystusa działającego w sercu mego męża i ostatecznie Jemu się powierzyć. W miłości męża przejmuję miłość i troskę Boga Ojca i ostatecznie to Jemu powierzam, bez lęku i manipulowania, również strategiczne decyzje dotyczące naszej rodziny.
Wiele mnie nauczył przykład Maryi i Józefa. Wyobraźmy sobie tę noc w Betlejem. Św. Józef budzi się w nocy i mówi do Maryi: „Wstawaj, pakujemy się, uciekamy stąd”. No, trzeba by to przedyskutować, zastanowić się dlaczego, czy od razu, czy to w ogóle ma sens, dziecko małe, kłopoty, a po co? A jednak. Spakowała się i wyruszyli. Uratowali przez to całą swoją rodzinę.
W naszym życiu kiedyś było tak, że miałam pomysł na zainwestowanie wszystkich naszych pieniędzy, aby przyniosło to jakiś zysk. Przygotowałam te inwestycje, konkretnie, nie był to jakiś irracjonalny kobiecy pomysł. Ale mój mąż sprawdził to, owszem, wielkich luk nie znalazł, ale mimo to nie zdecydował się na to. Nie dyskutowałam, nie usiłowałam manipulować, czy wywierać takiego uporczywego nacisku, co raz do tego wracać. Ufałam, że to on, a nie ja, ma łaskę stanu do podejmowania decyzji strategicznych. Widzimy jak bardzo poddanie łączy się z zaufaniem. Zaufaniem do męża, jako do głowy naszej rodziny. Ktoś mi powiedział niedawno „Czy ty widzisz jak twój mąż jest tobą zachwycony?”. Zaczęłam się zastanawiać, no rzeczywiście, ale co może się we mnie mojemu mężowi tak podobać? Zmarszczki, siwe włosy, chwiejność psychiczna, która po 40 bywa, że się nasila. Czym on jest taki zachwycony?
Pradawny Adam w raju został obdarowany wszelkim dobrem - roślinami i zwierzętami, ale wciąż szukał. Szukał osoby równej sobie, szukał osoby, w której dostrzeże obraz i podobieństwo Pana Boga. Znalazł Ewę i nią się zachwycił. „Ta dopiero jest ciałem z mego ciała i kością z moich kości”.
Nie zachwycamy się kimś, kto jest gorszy od nas. Tym co budzi trwały męski zachwyt w kobiecie, jest Bóg w jej sercu. Czy to oznacza, że mamy klepać długie modlitwy? Nie. To chodzi raczej o styl miłości. Aby moja miłość do męża była choć trochę podobna do miłości Pana Boga. Pan Jezus mówi „Byłem głodny, a daliście mi jeść, byłem nagi, a przyodzialiście mnie”. Codziennie wraca do domu głodny mąż, co raz odpada mu guzik albo trzeba mu zacerować skarpetki.
Kiedyś rozmawiałam dość długo przez telefon z kuzynką, w trakcie rozmowy usłyszałam, że mąż właśnie wchodzi do mieszkania. Chciałam szybko zakończyć z nią rozmowę, żeby grzać dla niego obiad. I usłyszałam w odpowiedzi: „No wiesz co? Chyba jesteś bardzo młodą żoną, skoro wciąż podajesz mu obiad”. Zarzut czy komplement?
To nie jest tylko kwestia zachwytu męża dla żony, to jest znacznie więcej. To jest obdarzenie ogromnym zaufaniem. Mogę powiedzieć że mąż jest we mnie zasłuchany, gdy nad czymś się zastanawia, ma podjąć decyzję. Rolą żony nie jest wtedy zamykanie swojego serca, lecz szczere, wewnętrznie uczciwe, czyli pozbawione manipulacji, przedstawienie swego punktu widzenia. Przecież mąż szuka nie tyle geniuszu żony, ale iskry Bożej w jej sercu. Tam ją nieraz znajdował. Dopiero łącząc swój dar i dar żony może mieć światło decyzji dobrej dla całej rodziny.
W stałej wdzięczności, wzajemnym poddaniu bojaźni Chrystusowej żyjemy bez lęku, wiemy że sam Bóg nas prowadzi. A nasza wolność nie jest wtedy bożyszczem samym dla siebie, jakimś absolutem, bez celu. Nie jest wtedy też jakąś ulgą w stylu „nic nie muszę”. Wtedy nasza wolność, jak uczył nas Jan Paweł II, ma szanse stać się trudem męskiej i kobiecej wielkości.
Marta Koprowska - fragment konferencji "Wzajemne uzależnienie czy wolność?"
wygłoszonej w DA DĄB w Warszawie
w ramach cyklu Duchowość Kobiety i Mężczyzny
Komentarze
Funkcja jest wyłączona w ustawieniach prywatności
Dodawanie, poprawianie i zgłaszanie komentarzy wymaga technicznego profilu antyspamowego. Szanujemy Twój wybór i nie uruchamiamy jej automatycznie.
Ostatnio aktywne
Sylwek - nie trzeba się komuś poddać, żeby kogoś kochać.
Dziękuję autorce za piękne świadectwo o prawdziwej miłości małżeńskiej. Gratuluję dojrzałości.
Jeśli jakaś kobieta lęka się poddania mężowi wg słów św. Pawła warto zajrzeć do 1 listu św. Jana:
"W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości". Do takiej miłości trzeba dojrzewać. Potrzeba czasu, pracy i modlitwy już w narzeczeństwie a tym bardziej po ślubie. Pozdrawiam wszystkich i życzę byście się nie bali kochać naprawdę.
Od najstarszych
czyli kobieta nie ma prawa decydowac? Wspolczuje katoliczkom
Gdzie jest napisane że nie ma prawa? Może chodzi tu bardziej o zaufanie?
Gdy jest różnica zdań, decydujący głos ma mąż. Wiec o jakie zaufanie chØdzi?
"Ufałam, że to on, a nie ja, ma łaskę stanu do podejmowania decyzji strategicznych. Widzimy jak bardzo poddanie łączy się z zaufaniem. Zaufaniem do męża, jako do głowy naszej rodziny."
Tak na szybko odpowiadając- faceci zwykle są bardziej opanowani, nie kierują się tak bardzo emocjami jak kobiety. Po drugie- nie traktujmy tego tekstu, jako wyroczni o Kościele. Jest to świadectwo konkretnej osoby, a nie oficjalny głos Kościoła.
Mogę tylko wyrazić ubolewanie.Prawdziwy mężczyzna szuka kobiety samodzielnej, upartej, bo nie boi się konfrontacji.Tylko mięczaki wymagają posłuszeństwa niejako z urzędu, bo nie są w stanie samodzielnie przejąc przywództwa.
... Jeśli jesteś kobietą, to skąd pewność czego tak na prawdę pragnie mężczyzna? :)
A to że komuś ufamy, nie znaczy że nie jesteśmy samodzielni, uparci, że nie wyrażamy swoich myśli. A wymuszanie poddaństwa, to raczej byłby terror, sytuacja patologiczna, a tego w tym świadectwie raczej nie ma.
Jak dla mnie cały ten wywód jest po prostu chory.
Może i kwestia poddania kobiety mężczyźnie nie jest to oficjalnym stanowiskiem kościoła, ale skoro jest w Waszym świętym piśmie i z taką lubością powtarzany jest przez księży - jednak chcąc nie chcąc takim stanowiskiem się staje. Twój wywód broniący tezy zawartej w tym cytacie tego najlepszym dowodem. Dowodzisz tutaj że Twój bunt przeciw słowom listu do Efezjan był tylko kwestią niezrozumienia, małej wiary, Twojego egoizmu. Tymczasem zarówno sam tekst jak i Twoja jego obrona są nie tylko głupie. Są niebezpieczne. Wmawianie komukolwiek że powinien poddawać się woli innej osoby? Toż to niewolnictwo w czystej postaci... Generalizujesz o facetach - że zwykle bardziej opanowani, itp. - przecież to rzecz osobnicza, a z tym opanowaniem to często mocno przereklamowane. Próbujesz przekonać innych nie tylko o tym że Twoja chora postawa jest słuszna. Próbujesz inne kobiety przekonać do tego by postępowały podobnie. By wyrzekały się siebie w imię wiary - i jej nakazu podporządkowania się mężczyźnie. Czynisz sama siebie mniejszą, mniej wartościową osobą, w imię jakichś bzdurnych przekonań. Aż mi się wierzyć nie chce. Wolisz być podporządkowana? Nie mieć możliwości decydowania? Wolisz by odpowiedzialność za Ciebie, Twoje dzieci i Twoje szczęście ponosił ktoś inny? Twoja sprawa - masz do tego prawo. Ale nie tłumacz tej swojej małości wiarą. Nie namawiaj innych kobiet by umniejszały się tak jak Ty. Bo to już nie głupota - to zbrodnia...
Najbardziej męski mężczyzna, jakiego w życiu spotkałam, powiedział, ze jækby chciał mieć posłuszna istote, to by sobie psa kupił.
straszny teks kobiety, która ma bardzo poważny problem,
zgadzam się, ze to conajmniej niemoralne żeby publikować teksty osob chorych i usprawiedliwiać to wiarą.
Syf totalny i kompromitacja. Życzę Pani, która to napisala trafienia na właściwego terapeutę, jeszcze nie jest za późno, a ludziom ktorzy to publikują żeby się stukneli w głowy.
Po prostu Miłość. Nie chodzi o kazanie poddaństwa, posługiwania komuś, ale oddanie siebie ukochanej osobie, z własnego wyboru. Takie zaufanie rodzi się też z poznania siebie nawzajem i z łaski sakramentu małżeństwa.
I nie ma tu niewolnictwa, gdy mąż równie mocno kocha żonę.
Ciekawa wizja. Ale wydaje mi się, że nie każdy powinien tak żyć, tym bardziej, jeśli nie potrafi myśleć w ten sposób. Fajnie jest być świętym i pozbawionym ziemskich emocji i ziemskiego szczęścia, ale jestem pewna, że Bóg tak samo lubi tych, którzy są wdzięczni za dobro i pragną osobistego szczęścia, którzy kochają ludzi, bo są wspaniali, a nie dlatego, że to ich boska misja. Ktoś, kto kocha Boga, nie musi mu dziękować za wojnę, w której giną niewinni ludzie, bo Bóg na pewno miał w tym jakiś sekretny plan; może go prosić, żeby ją skończył. Nie musi dziękować za wady swojego męża, może się starać, by je zmienił. Nie musi dziękować, jeśli nadużywa alkoholu, nie musi dziękować, jeśli nadużywa posłuszeństwa żony w jej wykonywaniu obowiązków domowych. Nie musi dziękować za to, że może służyć, może oczekiwać pomocy w swojej służbie od małżonka, może oczekiwać, że małżonek potrafi bez szkody dla ich duchowego życia sam odgrzać, a nawet, o zgrozo, zrobić obiad. Może myśleć, że małżonek nie jest wyrocznią na zasadach obowiązujących w jednej z kultur Bliskiego Wschodu 2.000 lat temu, tylko może być naszym partnerem, skoro w przeciwieństwie do społeczeństwa żydowskiego z czasów NT, kobieta jest często równie aktywna zawodowo i często nawet bardziej wykształcona, więc może wiedzieć tyle samo o biznesie i innych dziedzinach życia. Że tak jak my, małżonek jest człowiekiem słabym i może podejmować błędne decyzje, a wspólna dyskusja i poszanowanie swoich opinii mogą się bardziej przysłużyć. Wreszcie, to nie mąż musi być głową rodziny, może nią być miłość i wzajemne poszanowanie. Ale małżeństwo zbudowane na prawdziwej miłości i partnerstwie to trudna droga i łatwo z niej wypaść, dużo prostszą i pewniejszą jest ta, którą podajesz - droga poddaństwa i obowiązku (ciekawi mnie, dlaczego nie umiesz zaakceptować faktu, że mąż Cię kocha, bo jesteś super, a nie dlatego, że jesteś jego Ewą, oblubienicą, drugą połową misji danej przez Boga? małżeństwo też ma prawo do osobistej miłości i prawdziwego zachwytu). Więc jeśli komuś szczęście daje stabilny, pusty związek oparty na dążeniu do zostania świętym za życia, przez jedną ze stron, to pewnie słuszna droga. Natomiast nie polecam podążania nią wszystkim katolikom, bo tylko garstka ludzi potrafi myśleć w ten sposób i nigdy nie byłaby szczęśliwa na takiej ścieżce. Nam zostaje dziurawa i pełna pułapek ścieżka miłości do szaleństwa, kłótni i godzenia się, walki o postawienie na swoim, martwienia o przyszłość, krótkich chwil euforycznego szczęścia, chwil smutku i zwątpienia, i być może, przy pewnej dozie szczęścia, zestarzenia się razem i wspominania najwspanialszego życia jakie mogło być dane.
Nie zawsze mąż i żona mają te same zdania i pragnienia. Nawet w najszczęśliszym związku zdarzają się sprzeczki
i odmienne pragnienia.
Podam teraz przykład: Mąż i żona budują dom i zaniedługo mają się do niego wprowadzić.
Okazuje się, że do sypialni mąż chce niebieski kolor ścian, a żona żółty.
Do salonu mąż chce jasne meble, a żona ciemne.
I co?
Wszystko ma być tak jak mąż powie (a zazwyczaj powie wg własnego "widzi mi się")?
Tylko żona ma iść na kompromis, w różnicy zdań wszystko ma być, tak jak mąż chce, pragnienia żony się nie liczą?
To jest tak zwane ubezwłasnowolnienie.
Wyrazy współczucia.
Współczuję...
Małżonkowie powinni być sobie równi! Oboje są ludźmi, więc oboje mają takie same prawa! Mają być sobie wzajemnie oddani, ale nie poddani - małżeństwo nie ma być zniewoleniem.
Perełka - no właśnie!