Istnieje dość pokaźna i ciągle rosnąca grupa ludzi żyjących jak małżeństwo, tylko że bez „papierka". W wolnym związku. Często ludzie Ci żalą się na trudną sytuację w jakiej się znaleźli, a sami o sobie mówią „wyklęci". Wyklęci przez sąsiadów, rodzinę, przez Kościół. Czują się bardziej szykanowani niż złodzieje, mordercy. „Czy to w ogóle grzech, że dwoje ludzi się kocha?" - pytają. Miłość oczywiście nie jest grzechem. Jest nim natomiast wspólne życie w związku niesakramentalnym. Nie podejmuję się odpowiedzi na pytanie jak ciężki jest to grzech, ale według mnie jest on jednym z najbardziej zdradliwych. Kradzież, pobicie - to jest czyn jednoznacznie moralnie zły. We wspólnym życiu dwojga ludzi bez ślubu pozornie wszystko jest świetnie. Uśmiechają się do siebie, pomagają sobie. Dramat przychodzi później.
Artykuł nadesłany przez czytelnika: Jacka Stojanowskiego
Na proste pytanie, które nasuwa się samo „A dlaczego nie weźmiecie ślubu skoro i tak się kochacie i żyjecie jak małżeństwo?" padają liczne argumenty. Najczęstsze są te finansowe. „Nie stać nas na dwa osobne mieszkania, a przecież jeszcze ta cała ślubna „szopka". Ceremonia w kościele, wesele - to kosztuje fortunę. Dla części opór przed ślubem jest formą buntu. Buntu wobec Kościoła, przez który czują się zaszczuci, szykanowani.
Hmm, nie bądźmy dziećmi. Nikt już w dzisiejszych czasach, w rzeczywistości dużego miasta, nie robi żadnej afery z tego, że dwoje młodych ludzi mieszka ze sobą bez ślubu. Większe zdziwienie, sensację czy też nawet uśmieszki politowania wzbudza niejednokrotnie para, która decyduje się mieszkać oddzielnie aż do samego ślubu. Argument finansowy też jest chybiony. Wiem, że są parafie, w których ksiądz zażyczy sobie okrągłą sumkę, ale nie brakuje i takich kapłanów, który jest w stanie udzielić ślubu nawet za darmo. Można żyć również na dwa mieszkania. Można skromniej, ze starszym samochodem i bez super sprzętu AGD, ale można. Jeżeli tylko ktoś chce, a nie szuka kolejnych argumentów usprawiedliwiających życie bez ślubu.
Czytając wypowiedzi ludzi żyjących w wolnych związkach odnoszę wrażenie, że na siłę mnożą oni kolejne argumenty utwierdzające ich w swojej postawie. Tym argumentom nie brak logiki. Mówią o mądrości, odpowiedzialności, o sprawdzeniu się, o fundamentach pod wspólną rodzinę. Wielu ludzi te słowa przekonują. Trudno mi jednak pozbyć się myśli, że najmniej do nich przekonane są osoby, które je wypowiadają. Wyliczanie bowiem coraz to nowych argumentów i powtarzanie starych wygląda na próbę wmawiania sobie, że wszystko jest w najlepszym porządku. Oto jedna z opinii: „Istnieją różne powody, dla których młodzi ludzie decydują się na wspólne mieszkanie BEZ ŚLUBU. Pierwszym, najważniejszym, o którym nie wolno zapominać każdemu, kto ma ochotę na krytykę, jest to, że tych dwoje się KOCHA i są ze sobą SZCZĘŚLIWI." Czytam i nic nie rozumiem. Coś mi tu mocno zgrzyta. Coś wyraźnie jest nie tak. Jeżeli bowiem ludzie się kochają i są ze sobą szczęśliwi, to złożenie sobie ślubnej przysięgi nie powinno stanowić żadnego problemu. Ba, jest ono naturalnym wypełnieniem uczucia dwojga ludzi. Głębokiego, solidnego, pewnego. Pod warunkiem, że jest ono rzeczywiście głębokie, solidne oraz pewne...
Kościół nie potępia miłości. Kościół nie mówi „Nie" mężczyźnie i kobiecie, którzy są ze sobą szczęśliwi. Kościół troszczy się jedynie o to, żeby namiastki bliskości i szczęścia nie nazywać miłością. I żeby wytrwale szukać tego najlepszego z uczuć zamiast trwać przy substytutach i tańszych zamiennikach.
Jacek Stojanowski
Komentarze
Funkcja jest wyłączona w ustawieniach prywatności
Dodawanie, poprawianie i zgłaszanie komentarzy wymaga technicznego profilu antyspamowego. Szanujemy Twój wybór i nie uruchamiamy jej automatycznie.
Ostatnio aktywne
Jak można nazywać więź dwóch ludzi, żyjących ze sobą, pokonujących codziennie te same trudności co każde małżeństwo, troszczących się o siebie i o swoje rodziny, oddanych sobie duszą, ciałem, całym czasem, całą przestrzenią, planujących przyszłość, rodzinę, będących bliżej siebie niż jakiegokolwiek innego człowieka, będących równie blisko, a może bliżej, niż przeciętne małżeństwo - nazywać NAMIASTKĄ bliskości i szczęścia, a nie miłością? Czy wg. autora artykułu więcej Miłości jest w Małżeństwie które nie śpi ze sobą przez kilka miesięcy i przez tygodnie prawie nie rozmawia - tylko dlatego, że jest małżeństwem - niż w dojrzałym, odpowiedzialnym związku dwójki ludzi którzy niczego innego bardziej nie pragną niż wspólnego życia? Jakie prawo daje nam nazywanie związku, którego nie znamy, miłością lub nie miłością tylko ze względu na zewnętrzne oznaki? Jak można autorytarnie powiedzieć komuś kogo się nie zna, że jego związek to nie miłość? W takim razie ja autorytarnie stwierdzam, że autor artukułu nigdy w życiu nie przeżył miłości. Jakie mam prawo żeby tak powiedzieć? Wydumane. Czyli właśnie takie jakie ma autor, aby stawiać takie tezy.
Drogi Panie Jacku! Jestem dwudziestoletnią kobietą mającą zamiar ożenić się z swym narzeczonym, jednak odpychają mnie od tej decyzji rozporządzenia papieża Benedykta XVI o tym, iż nauki przedmałżeńskie trwać mają 6 miesięcy, że okres narzeczeństwa nie może być zbyt krótki, a pary powinny być dokładnie sprawdzane. Po za tym te pytania zadawane na naukach. O seks, o ilość partnerów seksualnych. Co to ma do rzeczy? Wiem co powinnam robić by być dobrą żoną i matką. Jak się zachowywać, co znosić, czemu się przeciwstawiać. Z jakiej racji mężczyzna który nie miał rodziny- zony, dzieci, ma mi mówić co jest dobre a co złe?? Myślę że takich wskazówek udzieli mi sam Bóg. Moja mama, osoba bardzo religijna, sama skwitowała te wymysły słowami, że Kościół sam przeciwstawia do siebie młodych ludzi i że jeszcze więcej z nich zrezygnuje z małżeństwa na rzecz życia na tzw. kocią łapę. Bo jeśli Kościół nie będzie przyciągał młodych do siebie, to oni sami do Niego nie będę lgnęli.
Od najstarszych
A gdzie ten dramat, który przychodzi później?
W życiu nie słyszałem takiego fanatycznego marudzenia... Nie przyszło autorowi do głowy, że niektórym po prostu zupełnie wisi co przedstawiciele jakiejkolwiek religii sobie tam uważają na temat związku? Zasadniczo mało mi potrzebna zgoda księdza katolickiego (zresztą co on może wiedzieć o związkach, jak mu są zakazane), ani zasadniczo jakiegokolwiek innego. Nie potrzebuję również zgody osiedlowego hydraulika ani operatora koparki na pobliskiej budowie ;)
Uprzedzam pytanie - "to co robisz na tej stronie?" Przypadek, jak się reklamujecie na portalu funiaste to nie zakładałem, że jest to sekciarska strona indoktrynująca "swoich". Parę tysięcy lat ciemnogrodu wystarczy - spadajcie już na karty historii razem z faraonami i innymi "bóstwami".
Pozdrawiam.
Podpisuję się pod Twoim tekstem ręcami i nogami :) Najbardziej mnie bawią teksty (głównie klech) w stylu - seks przed ślubem to grzech, ale ostatecznie może się zdarzyć, ale mieszkanie razem to pewne smażenie w piekle :D Dlatego pamiętajcie! Więc ostra jazda cały wieczór, ale potem wracajcie do domów :D Dodam tylko, że autor tego tekstu chyba żyje w jakiejś innej Polsce. Dwa mieszkania? Gorszy samochód? Super sprzęt AGD? Człowieku, zejdź na ziemię, czasem małżeństwu/parze mieszkającej razem ciężko kupić podstawowe sprzęty AGD i w ogóle podstawowe produkty. A co dopiero samochód...
Panie Jacku,
Wiekszego steku bzdur nie czytalem. Co ma piernik do wiatraka? Prosze podac konkretne ,,dramaty''. Dlaczego chcecie uszczesliwiac ludzi na sile?